czwartek, 3 marca 2011

Tydzień pierwszy.
Zgodnie z ustalonym terminem w kościele rozpoczął się post. Każdy miał zdeklarować się, ile  dni podejmie się pościć. A ja nic. Mój mąż codziennie pytał mnie: czy dziś zaczynam? I bardzo chciałam dołączyć do wszystkich, ale nie potrafiłam. Budziłam się, otwierałam oczy i postanawiałam sobie, że  to dziś. Jednak nic z tego mojego postanowienia nie wychodziło. No, ale przecież to ja muszę kilka razy dziennie, codziennie szykować posiłki dla dzieci. Kochany mąż wychodzi z domu i nie musi stykać się z jedzeniem, poza tym uczę się do egzaminu  i potrzebuję wzmożonej dawki węglowodanów, przynajmniej tak czuję :)
Tydzień drugi.
Wróciłam z Warszawy bardzo poruszona. Zanurzyłam się w rozważaniach na temat Bożej miłości i wielkości. Wstałam rano i rozpoczęłam post. Krzyś zaopatrzył  nas w soki, napoje. Doznaję dziwnego uczucia, radości wewnętrznej i zupełnie nie odczuwam łaknienia. Tak mija mi pięć dni. Traktuję to, co przeżywam, jako czas łaski, a nie postu. Żadnego bólu głowy, złego samopoczucia, głodu. W trybie mojego dnia przecież nic się nie zmieniło, coś zmieniło się w moim umyśle. Namawiam moje dzieci do rezygnacji z jednej rzeczy, którą lubią, aby przyłączyły się w poście do rodziców. Madzia zgadza się od razu, a Bartek od razu odmawia. Rozmawiam z nim, tłumaczę o co modlimy się, dlaczego pościmy, a on na to, że nie rozumie, jak Bogu może podobać się to, że my nie jemy?
Co więcej, stworzył własną definicję postu przy talerzu z pierogami: tato pości, mama pości to super, bo będzie więcej dla mnie. Madzia zaczyna chorować, traci apetyt.
Tydzień trzeci.
Madzia ma zapalenie oskrzeli, straciła apetyt. Tworzę i wymyślam więc potrawy, które lubi, żeby zachęcić ją do jedzenia. Sama przechodzę kryzys. Zaczęłam kolejny etap postu i poczułam się bardzo osłabiona, wszystkie symptomy choroby córci pojawiają się u mnie. Jestem bliska decyzji zakończenia postu. Widzę troskę w oczach męża, wiem, że modli się o mnie, ja leżąc z temperaturą w łóżku rozmyślam najpierw o mojej słabości, a potem o Bożej wielkości. To było jak rozkoszowanie się tym, kim On jest. Rano wstaję, słaba, ale z nowym postanowieniem. Zjadam bułkę i  kolejne dni spędzam w poście. Z łatwością, z łaską i radością. Nigdy nie przeżyłam czegoś podobnego.

0 komentarze:

Prześlij komentarz